Antek otworzył oczy. Nie potrafił ocenić ile czasu minęło od tego jak dostał po żebrach. Chciał wstać, ale gdy tylko próbował podnieść swoje wątłe ciało, potworny ból przeszywał go na wskroś i okładał pięściami po tych samych narządach, które jeszcze niedawno przyjęły ogrom ciosów kata.

Pomieszczenie, w którym się znajdował śmierdziało starą, zużytą ścierą. Było ciemne, chłodne, a z dala dochodziło monotonne kapanie wody.

Kap, kap, kap…

W powietrzu czuć było jakiś bliżej niezidentyfikowany, metaliczny zapach; im głębszy oddech próbował wziąć, tym mocniej ciągnęło go na wymioty, a kłujący ból w lewej pachwinie rozlewał się teraz na lędźwie, kręgosłup i chwytał, aż za gardło.

W ciężkiej głowie dudniło od słów, których był świadkiem. Fakty były niezaprzeczalne; znalazł się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie. Ale przecież sam drążył ten temat, usilnie próbując dociec co stało się w domu nad jeziorem tamtej nocy… Chciał dobrze, a co otrzymał w zamian? Ciemną piwnicę i kałużę krwi, w której tonął.

Przez tę swoją cholerną dociekliwość ktoś próbował mu teraz zamknąć usta! A mógł zostać z Józkiem i całą resztą w akademiku, mógł upijać się tanią wódką i przechwalać panienkami, albo chociażby zamknąć w drugim pokoju i udawać, że się uczy, kiedy inny wymiotują w koedukacyjnym kiblu…

W zamian za to, los skrzyżował jego drogę z bezlitosną modliszką, za smak ust której gotów był zabić. Wydarzenia ostatnich miesięcy migały mu teraz przed oczyma niczym klatki fotograficzne. To czego doświadczył było tak odrealnione i przerażająco dobre, że zrobiłby to pewnie ponownie, gdyby miał wybierać…

– Cholera jasna – jęknął cicho i resztką sił uniósł swoją ciężką głowę. Był tak słaby, że musiał podtrzymać się prawą ręką, aby podnieść ciężar na kilka centymetrów i oszacować jak krytyczna jest sytuacja, w której znalazł się przez własną głupotę!

Słone krople potu delikatnie spływały po alabastrowych policzkach z dobrze wyeksponowanymi kościami policzkowymi, a później muskały pełne, różowe usta spadając na białą koszulę, która opinała wyrzeźbioną klatkę piersiową. Nigdy nie zaprzeczał swojej atrakcyjności, zresztą nieraz skorzystał na tym powodzeniu u kobiet w sposób lubieżny, a później pluł sobie w brodę i budził z kacem moralnym. Tym razem było inaczej, teraz to on czuł się uwiedziony.

– Co do licha? – wycedził spoglądając z niedowierzaniem na lewą dłoń. Była cała w ciemno granatowej mazi. Teraz doszło do niego, że w pomieszczeniu śmierdziało bardziej niż mu się wcześniej wydawało. Smród był nie do zniesienia. Jedynym podobnym jaki pamiętał był swąd zgnilizny dochodzący z mieszkania pani Nowak, piętro wyżej od jego domu rodzinnego. Nowakowa, bo tak nazywała ją Mama, była ekscentryczką, cały blok Antka pisał petycje do spółdzielni mieszkaniowej, a ta w najlepsze znosiła do mieszkania śmieci i otaczała je czcią.

Odwrócił głowę i serce mu zamarło.

W odległości kilku metrów od niego leżało ciało. Struga ciemnej krwi, niczym rzeka, zaznaczyła swój kierunek i zrozumiał, że maź, w której leżał nie należała do niego.

To taka chwila kiedy czujesz, że nie możesz przełknąć śliny, bo ktoś usłyszy, a sieci twoich neuronów zaczynają szaleć i podwyższać temperaturę w głowie, aż piekło jest tak palące, że masz dwie opcje; albo wiejesz, albo tracisz przytomność ze strachu.

– Boże Święty! Co ja zrobiłem! – zdążył jeszcze ubrać myśli w głośne słowa i nagle znów poczuł jak niewyobrażalny ból przeszywał go niczym kula od pistoletu małego kalibru, a piwnica wiruje przed oczyma. Ostatni raz odwrócił się w stronę trupa, a później jego ciało wybrało drugą opcję.