Nie przepadam za telewizją, bo telewizja kłamie. Kreowanie błędnego wizerunku kanonów piękna ważących po ledwo czterdzieści kilogramów, z kostką cukru pod językiem, czy promowanie w najważniejszych serwisach informacyjnych kolejnych talent show (jak ja nienawidzę tej nazwy), gdzie ludzie robią z siebie błaznów, tylko dla pięciu minut wątpliwej sławy, czyli pobycia przez chwilę pożywką dla dziennikarzy(n), mi osobiście się nie podoba. Ideał sięgnął bruku…Jakimże był wizjonerem ten, nasz Norwid pisząc te słowa, nie mając zapewne pojęcia, że dziś można odnieść je do większości nowych zjawisk w polskiej rzeczywistości medialnej.

Sobota. Zwykł sobota. Śniadanie, sprzątanie, spacer z psem, gotowanie, szachy, debatowanie i wieczór…A wieczorem przed mym domem nie wystawię przecież ekranu i nie będę leczyła chorych snów sąsiadów, więc błądzę wzrokiem w poszukiwaniu epicentrum wszechświata (dla niektórych): pilota od telewizora. Jest! Znaleziony! Lekko uśliniony przez psa leży bezwładnie pod łóżkiem i czeka na swoją kolej.

Wybieram kanał. Nagle moim oczom ukazuje się program telewizyjny, który ma podobno bić rekordy oglądalności. Osoby znane (głównie z tego, że są znane, bądź, że zaraz będą znane) skaczą do wody, a żeby było bardziej światowo w nazwie widzę angielskie słowo SPLASH (bo używanie zagranicznych nazw podnosi rangę tego typu programów, żeby nie było). W zacnym jury dwóch sportowców i ONA, prawdziwa gwiazda, jeden z niewielu prawdziwych talentów w polskim kinie. Piękna, mądra, zdolna…nagle rozczula się nad SPLASHem byłej modelki, twierdząc na dodatek, że ten jej skok do wody udowodnił ,,walkę z samym sobą, że to był artyzm w czystej postaci, że piękne, że filozoficzne”. O zgrozo! O czym ona opowiada?

Smutno mi Boże. Smutno, że nastały takie czasy, w których prawdziwi aktorzy muszą zachwycać się nad SPLASHami  (i tutaj celowo używam tej nazwy) osób o wątpliwej wartości artystycznej. Smutno, że talenty takie jak ONA życie zmusza do ronienia łez nad wygibasami celebrytów jednego programu o poszukiwaniach żony, czy gotowaniu. I nie twierdzę w tym miejscu, że ktoś kto grał Hamleta musi całe życie trzymać czaszkę w ręku, ale, żeby tak od razu tę czaszkę stawiać na głowie i tańczyć hula?

Sztuka umarła. Do zgonu i pochówku rękę przykładamy my sami; bo nikogo nie interesuje już nudnawy Makbet walczący z własnym demonami, czy chociażby tak chowany przed światem Gombrowicz (taki polski akcent), który nigdy nie zdobył sławy na jaką zasłużył. Dziś chcemy IGRZYSK, krwi, biustów na wierzchu i SPLASHy. Wieczorem siadamy z kolorowym pilotem i czekamy na RESET (słowo użyte z premedytacją). Każdy pędzi, dąży, żeby mieć więcej, żyć lepiej, dostatniej. I nic w tym zdrożnego, bo i ja uważam, że lepiej płakać w Mercedesie niż na rowerze (zostanę pewnie jedzona żywcem za tę linijkę). Zastanawiam się tylko, czy to aby media właśnie nie wbijają nam do głowy jak bogato powinniśmy żyć, w jakich luksusach się pławić, ile dóbr posiadać? Pędzić tak szybko i być tak znużonym popołudniami, że telewizyjne SPLASHe mogą stanowić dla nas jedyną formę rozluźnienia? Bo przecież im ambitniej na szklanym ekranie, tym musimy bardziej wysilać nasze przeciążone już sieci neuronów. Wyścig szczurów ma swoje konsekwencje i te dobre i nie.

Sama jestem częścią mediów prowadząc kanał na yt. Możliwe, że kawał hipokrytki ze mnie piszące ten tekst, a później nagrywając filmik z zachwalaniem kolejnych szminek i fluidów, które pomogą Kobietom wyglądać lepiej, czuć się atrakcyjniej za te kilka groszy więcej. Może i jestem mało obiektywna…

Zastanawiam się tylko, w jakim kierunku zmierzają te nasze wielkie, opiniotwórcze media. Czym kolejnym można by przebić telewizyjne skakanie do wody? Niezłym rozwiązaniem byłaby rosyjska ruletka na żywo? Albo polowanie na indyki (czyli takie Igrzyska Śmierci – to wyjaśnienie dla moich młodszych czytelników). Ludzie przecież pragną igrzysk…

A może jakiś Neron odważy się wreszcie podłożyć ogień i podpalić Rzym?